O autorze
Tagi
RSS
niedziela, 25 sierpnia 2013
Śniadanie i wychowanie

Czy to jest zdrowe, by na śniadanie jadać frytki?

Czy należy dziecku, nawet i wielkiemu, pozwolić?

Staram się nie być matką apodyktyczną, autorytarną, matką, co zawsze wie najlepiej. Pokusy są, owszem, owszem. Ale czy to ja do kroćsetset czegośtam (och, matko, uważam na brzydkie słowa) wiem lepiej, czy mu zimno, czy gorąco, czy ma bluzę włożyć, rozpiąć, czy co, czy jest głodny, czy chce wody, herbaty czy jabłko.

Nie wiem. On jest kimś innym. Nie jestem nim. On wie sam.

Pozwalam więc P. decydować, wybierać i staram się tego trzymać. Pozwoliłam mu nawet wyjść w tym spranym t-shircie, co niedługo skończy jako szmata do kurzu (oj, oj, szykuje się wizyta pań z OPS, więc kurz musi zniknąć!), choć nie znoszę, gdy osoby niepełnosprawne ubiera się byle jak. Ale skoro osoba sama tak się ubrała, bo pomyliła półki z odzieżą? 

Ale znów zbaczam, znów rzuca mnie na boki, że aż strach (mówiła mi moja więcej niż koleżanka, że mam klasyczne zachowania osoby ciągle straszonej), no to już wchodzę na drogę główną. 

A zatem: dziś nic nie mogło przekonać P., że na śniadanie nie należy jeść frytek. Pytam, co chce na śniadanie, a on mówi, że chce frytki i przystępuje do dzieła: rozgrzewa piekarnik, wyciąga torbę z zamrażalnika (nie, nie, sama nie robię frytek, noszę ze sklepu, mam ważniejsze rzeczy na głowie niż jakieś ziemniaczane masakry). Uległam.

Uznałam wyższość zasady wolnego wyboru nad zasadami zdrowego żywienia.

Podałam niesolone, bo P. nigdy nie zwracał na to uwagi, więc po co solić, sól niezdrowa, a tu synek wraca z talerzem: Sól! Nie ma soli! i wyciąga z szafki popularną przyprawę. Z szafki? A tak, robiliśmy porządki w kuchni, z udziałem osób trzecich, więc teraz jest w szafce. Ale skąd on to wie.

Na kolację też były frytki, mieliśmy trudny dzień, nie miałam siły na zdrowe żywienie. Ale zaraz, zaraz, a obiadowe risotto, podane z sałatką z pomidorów, to gdzie? Przecież było, przecież jeszcze sporo zostało...

Wolna wola, wychowanie do samodzielności -- piękne ideały. Nie wiem jednak, jak mam mu wytłumaczyć, że nie może tyle jeść... 

Może dam mu kartkę podzieloną na dwie części: jedzenie dobre i dużo kontra terapia -- wybieraj! Musimy porozmawiać. Rodzice powinni przecież rozmawiać z dziećmi. 

23:53, szczypta_chili
Link Komentarze (6) »
środa, 21 sierpnia 2013
Noc Księżycowa

Miał być wpis o matkach, bo kolejny wywiad z matką poszedł w świat. Zdążymy. Nieszczęścia nie uciekną. Dziś nie mam weny na wyciąganie dział i polerowanie luf. A jak matki, to i działa. Wymierzone w stereotypy.  

No i notuję sobie niniejszym, że zbiera mi się na wpis o wyborach. Nie, nie politycznych. O, nie. O naszych wyborach, o moich, o wybieraniu między tym, co złe a niedobre... Dla odmiany niedawna rozmowa z zaprzyjaźnionym "autystycznym" tatą mnie zainspirowała. Próbował mnie on wesprzeć radą, a tu jak się nie ustawisz, tak z każdej strony leje deszcz.   

Teraz się chciałam czym innym podzielić.

Dawno nie doświadczałam takiego poczucia wspólnoty. Pisałam sobie tego bloga, poznałam kilku blogerów, nie wchodziłam na stałe w żadne grupy, fora, dopóki nie trafiłam na... szczegóły z uzasadnionych powodów udostępniam na życzenie. 

Wczoraj wstałam o 2.40, zmaltretowana tym, że nie mogę zasnąć, włączyłam komputer, bo to zawsze był sposób na bezsenność. I co widzę? Cały wątek o tym, że kurna nie można zasnąć przez ten księżyc... 

Ubawiłam się i zasnęłam. 

23:21, szczypta_chili
Link Komentarze (2) »
środa, 14 sierpnia 2013
Straszny terapeuta i gdzie mają być rodzice

Tydzień temu poszły w świat wieści o terapeutce, używającej przemocy wobec 4-letniego, autystycznego pacjenta. Rzeczywiście straszna opowieść, nagrana przez rodziców chłopca ukrytą kamerą. Jako ariengarda nieprzejednana piszę o tym dopiero teraz. 

Duże emocje wzbudził ten film. Pokazali w dzienniku, czyli w Wiadomościach i Faktach, i wszędzie. Może poniekąd przez sezon ogórkowy? Nieprzebrana fala współczucia. I gromów. I obaw, czy nie spotyka to naszego dziecka.  Współczucie i obawy to dla mnie zawsze za mało :), jako reakcje oczywiste... Wydaje się, że całe to wydarzenie zwróciło uwagę na kilka ważnych tematów, które sobie przedyskutowaliśmy. Na szczęście nie zabrakło solidnych dyskusji.  

Co terapeuci robią z naszymi dziećmi w czterech ścianach? Mało który ośrodek ma lustra weneckie, a takie byłyby najlepsze. Trudno się zgodzić z głosami, że zawsze trzeba być z dzieckiem. Oderwanie od rodzica też ma znaczenie terapeutyczne. Dziecko inaczej się zachowuje. Jest w nowej sytuacji. Pewnie są sytuacje, gdy rodzic jest niezbędny -- gdy bez niego dziecku tak bardzo brakuje poczucie bezpieczeństwa, że nie da się prowadzić terapii. Z tymi autykami, nigdy nic nie wiadomo... U nas było tak, że najpierw bez mamy, potem trochę mamy. Piotr po prostu silnie dzielił rzeczywistość na terapeutyczną i domową. Mama, która z nim ćwiczy? Która w ogóle jest obok w tym samym czasie, co terapeuta? Kompletnie nie do pogodzenia! Trzeba było stopniowo mamę wpuszczać do świata terapii. Zwłaszcza, że przez pierwsze lata P. pracował jeden na jeden z terapeutką, niedyrektywnie. Rodzice przywozili, zabierali, i owszem, zastanawiali się, co ona tam z nim robi. Ale spotykaliśmy się co jakiś czas na podsumowania i nic nie wskazywało na problem, zachowanie dziecka też nie. W pewnym momencie pani powiedziała, że już nic więcej nie może dla P. zrobić. Właściwie mieliśmy podobne zdanie. Pani jest utytułowanym psychologiem, jak sprawdziłam -- dziś "pełniącym funkcje", była osobą godną zaufania.

Ale bywa różnie. Mieliśmy szczęście? Oj, chyba nie tylko od szczęścia to zależy.

Rodzicom powinna włączyć się czujka. Jeśli znają swoje dziecko, są uważni, czujka się włączy. Tak jak tym "filmowym". 

Ale posypały się też i na nich gromy. Jak mogli zostawiać na kilka godzin w domu z terapeutką?! Faktycznie... Choć, jak wiem -- z tych szkoleń, konferencji, informatorów, co je kiedyś hurtowo zaliczałam, młodszą mamą będąc, terapia małych dzieci terapia maluchów powinna trwać nawet kilka godzin, ale w warunkach ośrodka -- gdzie jest czas zarówno na pracę 1/1, ale też odpoczynek, zabawę, leżenie na materacu, gdy dziecko jest czujnie obserwowane przez mądrego terapeutę.  Takie autystyczne przedszkole. Mój na takie nie trafił, czasy były inne, ale widziałam nagrania z takiej pracy z maluchami.  4 godz. w domu to faktycznie dziwne. Ale widzimy kilka minut filmu, nie wiemy, czy pani tak te wszystkie godziny na kanapie...   

Mamy prawo wiedzieć, pytać, ale też rozumieć co się do nas mówi. Wymądrzający się terapeuci, mówiący "po chińsku", rzucającymi naukowymi terminami, to zły znak. Podobnie jak ci, co mają dla nas dwa zdania, rzucone w biegu. Tu musi być rozmowa, omawianie szczegółów, wzajemne wypytywanie wręcz. Spokojnie, cierpliwie. Piszę z własnego doświadczenia. Byłam maglowana jako rodzic, ale też szło to w drugą stronę. Stąd mam poczucie, że wszystko było w porządku. I jest! Co ja się nagadam z tymi naszymi terapeutami :) A ile oni ze mną :)

Terapia autyzmu to praca zbiorowa. Podkreślam, bo tu nie ma innej opcji. Obserwować, dzielić się obserwacjami, rozmawiać, rozmawiać, proponować rozwiązania. Między rodzicami a terapeutą musi się dobrze układać! Tak, tak, wiem, czasem, nie ma wyboru, czasem nawet w ogóle nie ma terapeuty, nie na co dzień.

Zdarza się, że autyk w jednym miejscu robi coś, czego nie robi w innym. To wręcz norma... To stereotypie. Ale nie ma opcji, żeby tych różnic nie omówić. 

Co jeszcze wypłynęło przy okazji "strasznego filmiku"?

Jest w tym wszystkim małe dziecko, które nie opowie o tym, co czuje. Które jest poddawane jakimś zabiegom, które są dla niego przykre,pewnie traumatyczne. Dziecko/pacjent nie jest przedmiotem, nie należy ani do rodziców, ani do terapeuty. Ono jest najważniejsze. Są jakieś wątpliwości? Nie widzę.

Wypłynął więc temat technik przemocowych. Nie znamy, nie trafiliśmy, o metodzie "przysiadów" przeczytałam niedawno w artykule w Newsweeku. Więcej o konsekwencjach stosowania awersyjnych procedur tutaj  

W mediach nie poruszono tematu szkoleń terapeutów, ich kompetencji, kwestii zatrudniania profesjonalistów, a dla nas -- kwestii dostępu do właściwej terapii. Ale my rodzice o tym rozmawialiśmy.  Znów niezastąpiona Kasia D., mama co niełatwo się wzrusza,  ma za to dobre oko, by widzieć dalej i szerzej niż tylko "o, boszsz, boszszż, jakie biedne dziecko, dobrze, że nie moje".  

Żeby zostać terapeutą trzeba lat!!! Nie tylko studiów, ale i ukierunkowanych szkoleń, kursów superwizji. To się właściwie nigdy nie kończy. Podział na terapeutów prowadzących i wspomagających nie jest przypadkowy. A kim jest asystent to oddzielny temat. Używam zamiennie terapeuta/asystent, ale z Piotrem na co dzień pracują ludzie po psychologii, ze stażem z przygotowaniem. Stąd i koszty. Asystent to by się przydał... 

W sytuacji braku systemowej pomocy, ośrodki to dziś pomysł na biznes. W Polsce nie ma nawet porządnej ustawy o zawodzie terapeuty. Każdy może otworzyć ośrodek. Chyba tylko niekaralność jest potrzebna, oprócz kasy. Nie ma jak sprawdzić kogo zatrudnia. Sami musimy. 

OOOO, czy znów mam kończyć pomstowaniem, że źle, że brak..

Nie. Jednak większość ośrodków zatrudnia osoby z kompetencjami, a i powstaje z potrzeby, nie dla wielkich pieniędzy -- bo terapeuci nie mają gdzie pracować, a chcieliby pracować w swoim zawodzie, bo zakładają je rodzice, którzy nie mieli, gdzie posłać dzieci na terapię. Czasem sami zostają terapeutami, nie tylko faktycznie, ale i formalnie. Maria Wroniszewska z Synapsis mówi o nielicznych państwowych etatach -- tutaj, to mi najbardziej utkwiło z całego wywiadu.

Gdzie mają być rodzice? Są wszędzie. Są wszystkim. Alfą i omegą. 

I jeszcze:

Podobno media nazwały filmową panią terapeutkę dusicielką. Należę do tych, co duszenia nie zauważyły. Nie widzę też wielkiej agresji -- nie "wali dziecko książką po głowie", ale uderza je cienką książeczką. Kwestia języka... Ta baba na filmie jest przede wszystkim okrutnie znudzona tym, co robi. Straszne. 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013
Instynkt tropionego

Odkąd wróciłam z kilkutygodniowego pobytu na Karaibach (w drodze powrotnej zahaczyłam o Paryż) nie miałam czasu na pisanie. Byłam zajęta bieganiem po najlepszych salonach kosmetycznych stolicy, kupowaniem butów oraz wyprawianiem hucznych przyjęć. Jest lato, więc stawiałam na owoce morza oraz tropikalne owoce. Dużo tych owoców, a ja musiałam wszystkie wypróbować. Zimą jest prościej -- kupuję dwa kilo najdroższej wołowiny, wlewam do niej dwie butelki najlepszego czerwonego wina i duszę pod przykryciem godzin kilka. Plus szalotki i takie tam. Wino do picia goście przynoszą sami i chlamy dni kilka. Jak skończy się duszona wołowina, to zawsze ktoś zamówi pizzę, wtedy nawet P. coś zje, bo z winem nie lubi, a ja się nim przecież nie zajmuję, nie dbam. Tylko o sobie myślę.   

Od kilku dni zastanawiam się nad wpisem o tym, jak wypruwają ze mnie flaki sprawy proceduralno-urzędowe małego i większego formatu, ale to zwierzenie wydaje mi się zbyt intymne. Choć to przecież nic nowego... Zmienia się jednak spojrzenie, spojrzenie patrzącego i piszącego, czyli mnie. Po co to wszystko? Co jeszcze? Czego jeszcze, k...a nie zrobiłam, by was wszystkich zadowolić?     

Zauważyłam, że moje wpisy można podzielić na linie produkcyjne.

Linia społeczno-polityczno-informacyjna z linkami, jobami, krzykami "nie poddamy się", "nasza legia walczy"... O matko niejajedna, czy zamierzałam zostać działaczką społeczną? Nie, skądże, chciałam być królową balu przecież. 

Linia na temat P.  -- p-zachowań, p-wyskoków, p-wspomnień i całego tego autyzmu. Podejmuję się jakiejś próby przedstawiania, a nawet syntetyzowania wiedzy o autyzmie na podstawie własnych doświadczeń. Są też wpisy o naszej codzienności. 

No i wpisy osobiste. Jakby osobiste. O mnie. O tym, co mnie męczy, gniecie, zastanawia.  Linia osobista, taka nitka, która ma mi przypomnieć, że istnieję. Myślę, chcę, potrzebuję. 

Nie jest to może tak podzielone siekierą, jak urzędnicy w urzędach dzielą nasze dochody, by poinformować, że nic się nie należy. Granice są płynne.

Lubię rzeczy płynne. Jak płynie, znaczy żyje. Boję się rzeczy z kamienia.   

Więc jak piszę o swoich dylematach (matko-babsko-ludzkich) jakieś metafory płyną, jedne nad drugimi. Nie wiem, czy jak babie lato czy zdechłe kaczki, czy może chmury na niebie. Nie wiem naprawdę, czy ktoś coś nich rozumie... Chyba tak, choć pewnie po swojemu. Ale każdy przecież żyje we własnym świecie i rozumie po swojemu, autyzmu do tego nie trzeba. (To moja ulubiona odzywka na: Pani syn ma autyzm? AAaaa, to znaczy żyje we własnym świecie, tak? -- Każdy żyje we własnym świecie). Wracając do metafor -- nie dlatego metaforycznie kamufluję, żem poetka, ale jest we mnie instynkt tropionej zwierzyny. Z pasją tropią mnie indywidualni tropiciele. Ale i urzędy, sądy -- po co mam iść do konfesjonału, wyspowiadałam już dziesiątkom obcych, którzy wciąż mnie sprawdzają, liczą, opiniują.  

Nie mam nic do ukrycia, przerabiałam to wiele razy, wokół mnie jest wielu ludzi, którzy wiedzą co i jak, bo albo z nami pracują terapeutycznie, albo nam pomagają, albo są przyjaciółmi i można im powiedzieć w cztery oczy.  

Znów piszę metaforycznie. Nuuda. Moje metaforyczne flaki z olejem. Metaforyczna moskitiera. Taaak, mam dar pisania... Jessu, jest kilka tak poważnych, trudnych spraw, którymi chciałabym się podzielić, ale nie mogę. Tak, po prostu i konkretnie. Ostatnio z kilku źródeł dowiedziałam się, że ze swoimi problemami powinnam iść na policję. Tam jeszcze nie byłam. Problem jest, ale tam też -- przy okazji -- sprawdzą mnie i ocenią. 

Ach, ileż razy miałam ochotę napisać, że kupiłam pięć kilo homarów i zjadłam, siedząc w szafie, z masłem i czosnkiem. Oczywiście z Karaibami to najszczersza prawda. Zresztą co tam Karaiby?! Bębny, ananasy i gołe d... na piasku.  

Zamierzam kupić dom w Portugalii. Za alimenty.

Mój blog jest wiarygodny. Zapewniam!

15:15, szczypta_chili
Link Komentarze (2) »
niedziela, 04 sierpnia 2013
Fala wraca

Właśnie przetacza kolejna fala linkowania, lajkowania, podawania dalej artykułu, który ukazał się w "Polityce" we wrześniu 2012.  

Poznaję po tym, że drgnęły statystyki na blogu (choć lato i wtedy raczej spadają) oraz po tym, że znów ktoś do mnie napisał po przeczytaniu tego tekstu. Pisali dziennikarze. Wiele razy. Ale przede wszystkim rodzice. Znaleźli mnie starzy znajomi, często dlatego, że sami mają dziecko z A. Oferowano mi pomoc. Nie w każdym przypadku udało się to, mimo najlepszych chęci. Ale kilka spraw jest na dobrej drodze. Zawarłam nowe znajomości. Trafiłam do grona ludzi, z którymi czuję się dobrze i bezpiecznie, właściwie to oni mnie do swojego grona wciągnęli. Bo wciąż jestem zdystansowana i nieufna, jak to człowiek po przejściach...

Niedługo minie rok od publikacji tego tekstu. Na podsumowanie tego roku w moim życiu nie bardzo mam teraz ochotę. Może za miesiąc. Teraz jest czas czekania. Miałam zrobić wpis o czekaniu, ale chyba z tym zaczekam. Tak jak czekam, czekam, czekam na rozwiązanie tej czy innej sprawy, na to, co ono przyniesie, na to by podjąć dalsze kroki. Życie to nie jest film akcji. Jak już robisz jakieś akcje, jak ja ostatnio, właściwie to nawet przez cały ostatni rok, reakcje wcale nie następują od razu. Czasem można już sfiksować od tego czekania. 

Chciałam napisać, że ważne są dla mnie listy i komentarze innych rodziców, matek: że prawie każdy przeszedł depresję, wypalenie, wykluczenie, że czujemy się złapani w pułapkę, uprzedmiotowieni, i to wcale nie przez autyzm (!), ale przez brak pomocy.

***

A propos filmów akcji: wreszcie obejrzałam obie części Sherlocka Holmes'a z Robertem Downeyem jr. i Judem Law. Dobre, dobre, fajne, śmieszne, obu panów bardzo lubię, ale jednak wolę te pełne przemądrzałych gadek seriale (SherlockElementary) z Sherlockami nie do wytrzymania i symptomami ze spektrum A. Miniony rok upłynął też pod znakiem seriali, jak się okazało -- dość powszechnej rozrywce "współczesnych niewolników".     

 
1 , 2