O autorze
Tagi
RSS
piątek, 30 lipca 2010
Małe cele

Miewamy je. Takie różne drobne rzeczy, które  chcemy zrobić, ale ciągle nie wychodzi.

W Krakowie moim celem było od lat wejście na Kopiec Kościuszki.

Przed wiekami zdawałam na UJ, pomieszkiwałam w Krakowie, miałam tam serdecznego przyjaciela. Potem zamieszkała w starym grodzie siostra, dwie bliskie przyjaciółki. Ilekroć byłam w Krakowie, planowałam wycieczkę na Kopiec, na sam szczyt. Zawsze coś wypadało: deszcz, upał, inne sprawy, mało czasu, niechcemisie, etc.

A teraz wlazłam!

Dłuugi spacer Błoniami (po odchamieniu się w Narodowym), potem chaszczami, 8 zeta za wstęp i udało się. Ale można też dojechać autobusem. To łatwe -- wejść na Kopiec Kościuszki.

Moja historia wchodzenia na Kopiec przypomina historię budowania tego obiektu, z którą zapoznałam się w internecie. Ciągle chcieli, ale nie mogli, ale w końcu zbudowali. Fakt, że w latach 1997-2003, gdy podniszczyły go powodzie, a potem trwała odbudowa, szczyt Kopca był niedostępny.

Cel kolejny -- umycie okien!

Dziś znów nie, bo trzeba przygotować pokój na powrót syna. Materac stoi pod ścianą, sterty starych papierów, zabawek do wyniesienia...

PS

Bardziej niż ze zdobycia szczytu Kopca cieszę się  z poznania Agnieszek.

http://agnieszek.blog.pl/

Jesteś dokładnie taką fajną, dzielną babką, jaką znałam z bloga! Buziaki!

13:41, szczypta_chili
Link Komentarze (5) »
niedziela, 18 lipca 2010
Połówka

Miesiąc bez Piotra za półmetkiem.

Jutro wyjeżdżam na kilka dni. Żadne Karaiby niestety, w grodzie Kraka mam pilnować kotów mojej siostry. Będę kichać, ale obiecałam.

Dobrze mi w domu. Odreagowuję. Porządkuję przestrzeń wokół siebie, co na pewno jest dobrym krokiem w kierunku dalszych zmian. Poprzestawiałam meble, zmieniam dekoracje, sprzątam. Wyprzedałam sporo filmów, ubrań, książki, nawet pamiątki po ojcu... Za grosze, ale zawsze coś i jest więcej miejsca na nowe. Uważam, że każdy taki ruch przywołuje zmiany, robi na nie miejsce. Wreszcie coś we mnie drgnęło i znalazłam energię, by się ruszyć.

Z pracą też coś drgnęło (reakcja łańcuchowa?). Czeka mnie próba. Może znów przyjdzie się przekwalifikować na stare lata. Ale jeśli się uda, to czemu nie. Ważne, żeby zacząć zarabiać, żeby i tu był jakiś ruch. Ruch oznacza życie.

Piotr wraca 31 lipca, więc właściwie butelka jest (prawie) do połowy pełna. Jednak dzisiejszej nocy zdałam sobie sprawę, że to bardzo mała butelka. Potrzebowałabym ze trzech flaszek tego lekarstwa. Pierwsza -- jak teraz na porządki w najbliższym otoczeniu, na cieszenie się tym, że mogę niespiesznie planować swój czas i odpoczywać. Przy drugiej -- skupiłabym się na pracy i wychodzeniu do ludzi. To też wyzwanie. Naprawdę zdziczałam, zamknęłam się w sobie, nie mam ochoty umawiać się, wychodzić. W trzecim miesiącu  -- wyjazd, zmiana otoczenia, nowe sytuacje. Karaiby, Bretania, Toskania, domek nad Biebrzą Islandia, samba w San Salvador, boso przez Etiopię, leśniczówka w Borach Tucholskich, uroki Maroka, rejs Bałtykiem, szeroka Ukraina,  och, tyle jest wspaniałych miejsc na świecie... Potem cudownie byłoby znów wrócić do domu.

W nocy padało. Jest chłodniej, ale przy lekkim wietrze łatwiej złapać oddech.

14:00, szczypta_chili
Link Komentarze (4) »
czwartek, 15 lipca 2010
Odcinek 4 tragikomedii -- ZUS

W marcu ubiegałam o zasiłek pielęgnacyjny. Od marca go otrzymuję. I dobrze, bo problemy ze znalezieniem pracy przerosły mnie.

Razem z zasiłkiem przysługuje mi ubezpieczenie zdrowotne, ale wciąż go nie mam.

W marcu, w Urzędzie Gminy powiedziano mi, że już nie muszę iść sama do ZUS-u, oni wyślą dokumentację. Raczej wysłali, bo w maju (!) dostałam list polecony, że mam ją uzupełnić. Dokumentację "uzupełniłam" kserując niemal te same dokumenty, które składałam w Gminie. Poszłam z kopiami i oryginałami (czekałam aż wrócą z sądu) do wskazanego oddziału ZUS, by osobiście dopilnować, czy wszystko OK. Wizyta zajęła mi ponad godzinę, bo nie mogłam jej załatwić w okienku. Pani nie mogła do mnie zejść (urzędnicy nie schodzą do klientów), ja nie mogłam wejść (petenci nie wchodzą na górę), pani w informacji wiedziała chyba jeszcze mniej ode mnie i bardziej przejęła się panem z pizzą, który nie mógł znaleźć osoby, która ją zamawiała. Ja i pan z pizzą zdążyliśmy się zaprzyjaźnić na ok. 20 minut. W końcu jakaś pani z góry zjechała do mnie windą, jeszcze raz pokserowała oryginały (moje kopie były identyczne, ale musiała kserować sama...), kazała czekać na kontakt i powiedziała, że ona zastępuje koleżankę na urlopie i robi mi uprzejmość.

Kilka dni temu odebrałam kolejny polecony z ZUS, spodziewając się informacji, że moja sprawa została rozpatrzona pozytywnie. Cóż za naiwność! Listem poleconym proszono mnie o pilny kontakt telefoniczny! Zadzwoniłam. Pani prowadząca moja sprawę znów na urlopie, ale zostawiła karteczkę dla koleżanki (wow!). Na karteczce lista dokumentów do uzupełnienia -- większość z nich już dostarczałam albo rozmawiałam, że nie są konieczne... Zabiła mnie prośba o zaświadczenie z uczelni, ile trwały moje studia. Kończyłam je 15 lat temu w innym mieście. Jednak pani robiła mi uprzejmość, przekazując dane z karteczki i nic więcej nie wiedziała.

Wymiękam. Choć przydałyby się badania kontrolne, okulista, ortopeda, itd. Jestem chora na głowę. Coraz bardziej.

00:45, szczypta_chili
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 12 lipca 2010
Nocą przyszła pora

Przyszła pora, by o tym napisać.

Zwlekałam, by pomyśleć nad formą. Ale co tu myśleć, trzeba napisać i już! Ulżę sobie, bo czemu nie. Po drugie -- czuję brzemię obowiązku -- czytelnikom bloga należy się wiedza, w co zostali wpakowani.

Jakiś tydzień po zawieszeniu bloga w marcu, przypadkiem wylazła na jaw brzydka prawda -- jedna z aktywnych komentatorek okazała się oszustką.

Ajasin.

Moja "pocieszycielka". Anonimowa "przyjaciółka".Tyle razy jej dziękowałam za dobre słowo i chwaliłam za celne komentarze. 10 miesięcy czytania i komentowania, od czerwca 2009, jeszcze na starym blogu. Wytrwała zawodniczka. Najpierw irytowało mnie, że nowa osoba zadaje mi aż tyle osobistych pytań. Zmieniła taktykę. Potem byłam zaskoczona, że aż tak leży jej na sercu los mój i syna. Z czasem uwierzyłam. Powiedziałam sobie: wciąż jesteś taka sceptyczna, uwierz w ludzką życzliwość, będzie ci łatwiej. Uwierzyłam tym łatwiej, że blogowanie od początku (grudzień 2008) przynosiło ulgę, pocieszenie, życzliwość.

"Przyjaciółka" czekała 8 miesięcy na szczere odpowiedzi na jej mejlowe pytania. Łatwo ze mną nie miała...

Nie była obca. O jej istnieniu pamiętałam, to wszystko. Osobiste spotkanie oraz kilka symptomów z otoczenia nie wywołały sympatii. Ale i nie musiały.

Dygresja: jest pewna cecha, której w ludziach nie lubię... taka jedna jest, której po prostu zdzierżyć nie mogę... taka bardziej "nowoczesna", a ja jestem starej daty  ;)))

Naszą relację w realu określałam: wiem, że istnieje, chyba niestety ma tę cechę, ale jak w rabatkę mi za mocno nie lezie (lazła malutko), to i nie ma co się stresować.

A tu niespodzianka: tamta kobieta poświęciła mi długie miesiące. Tyle czasu i uwagi. Musiała czytać te moje longi, śledzić komentarze, pisać własne, opracowywać taktyki. Żyłam u jej boku, nie wiedząc o tym. Nie wiem, czy ktoś inny dał mi tyle z siebie :(  Naharowała się, brnęła dalej, a tu nagle upsss jedno kliknięcie i wydało się...

Ależ ten Internet pełen jest pułapek!

Myślę, że chciała poznać moje drugie oblicze. Who I'm?????? Nawet mejlowe zwierzenia nie pokazały nic z Mrs.Hyde. Jekyll i Jekyll, podwójna Jekyll.

Poczytałam wpisy i mejle, w wyjaśnienia "przyjaciółki" nie uwierzyłam.

Przykra sprawa. Przykro mi, że czytelnicy bloga zostali wciągnięci w te "taktyczne" komentarze. Uważam, że powinniście wiedzieć.

Pewnie, że taka sprawa "pracuje w głowie". Oczywiście, że zapytałam siebie: a może ktoś jeszcze? a może ona w kilku wcieleniach? Zrobić mi coś takiego w mojej, trudnej, parszywej sytuacji (opisywanej na blogu)... Uuuuuuuuuu....

Tyle, że "cechę" ujrzałam -- wybaczcie dosadność -- jak na tacy głowę Jana Chrzciciela.


***

W świecie pozornej nad-poprawności, buziaczków, zdrobnionek, uprzejmych techniczek wywierania wpływku, dobrze jest czasem prosto powiedzieć: kłamstwo, podłość, złamanie zasad.

02:58, szczypta_chili
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 05 lipca 2010
Lipiec

W lipcu jestem bez Piotra. Pierwsze dni poświęcam... sprzątaniu. W mieszkaniu jest pobojowisko: segreguję, przestawiam, wyrzucam, co się da chcę wyprzedać. Nie lubię gromadzić, nie lubię bibelotów, dość łatwo rozstaję się z rzeczami, zwłaszcza, gdy ma to racjonalne podłoże. W planach wciąż przeprowadzka, mieszkanie nie sprzedaje się, trzeba trochę "zaczarować". 

Oprócz porządków -- praca. Może wreszcie coś drgnie. Sprawy z byłym pracodawcą wloką się, ewidentnie widać, kto miał rację, lecz od racji wolałabym wypłatę. Od kilku miesięcy pani psycholog pomaga mi powrócić do życia zawodowego. Praca zawsze była ważną częścią mojej tożsamości. Terapia daje efekty. W lipcu porządkuję nie tylko rzeczy, ale i zawodowe plany, pomysły, zamysły. Chcę pracować, to dla mnie oczywiste, ale już nie tak, jak kiedyś. Muszę mieć czas i siły na normalne życie. Chcę żyć, jestem potrzebna Piotrkowi i chcę przy nim być -- rozwija się wspaniale, obserwowanie tego procesu jest nagrodą za wszystkie trudy.

Zapiszę, póki pamiętam: 2-3 miesiące temu znalazłam w metrze 20 zł i chciało mi się krzyczeć jak Max Paradys w "Seksmisji" na widok bociana: Uratowani! Uratowani!

W drugiej połowie lipca może uda się wyjechać, zmienić widoki z okna, poczuć wakacje. Nie wiem, czy bardziej się cieszę, czy boję. Wyjście z domu, powrót do ludzi to kolejna sprawa do przepracowania z psychologiem. Jestem jak po paraliżu -- małymi kroczkami, ostrożnie wchodzę w otoczenie. Nie mówię o środowisku, związanym z autyzmem, tu tkwię po czubek kokardy. Ale życie jest też gdzieindziej.

11:22, szczypta_chili
Link Komentarze (2) »