O autorze
Tagi
RSS
środa, 29 maja 2013
Przepis na kolację

Wczoraj na naszym krańcu miasta dzień mijał jak co dzień. Dochodziła 21.00 i przypomniało mi się, że wielkie dziecko nie dostało kolacji. Ale postanowiłam siedzieć cicho, bo pewnie po prostu niegłodne. Zajęte, ja też, a i oszczędności z tego będą. Mija 21.03 i... niestety! słyszę obijanie się ciała po kuchni. Zły znak. Nic nie znalazł w garach. Nawet bułek nie ma, żeby zrobić kanake. Patrzy na mnie. Ani drgnę. Chodzi, brzęczy, myśli. Uwielbiam te chwile, gdy pamięta, że ma być samodzielny i stara się coś z tym zrobić. Decyzja wisi w powietrzu...

-- Ciebuja.

-- Co będziesz robił z tą cebulą?

-- Smażi.

O, patroni zdrowia i diet! Smażona cebula po 21.00! 

-- I tak samą cebulę będziesz jadł?

-- Kodasa -- otwiera lodówkę i wyciąga zgrabne opakowanie wędzonych kiełbasek, zakupionych na czas świąteczny.

Cóż, dorosły jest... I głodny.

Kroi cebulę. Kroi, kroi, stukanie noża... O cholera, kupiłam kilogram i zostały na blacie... Ratunku! Lecę do kuchni!

Piotrkowy przepis na kolację

Weź cztery duże cebule i pół piątej. Obierz z łupin. Z grubsza.Nie trać czasu na odcinanie końcówek. Pokrój na kawałki. Żadne tam piórka, paseczki, drobną kostkę. Porządne kawałki. Na dużej patelni rozgrzej tyle oleju, ile ci się wleje. Ewentualnie niech twoja matka odleje trochę do ceramicznego naczynia. Wrzuć cebulę. Dobrze byłoby trochę posolić, bo wtedy tłuszcz mniej pryska i generalnie smaczniejsze jest, ale lepiej niech to zrobi twoja matka. Ma lepszą motorykę małą, a twoja trochę szwankuje. Może już się o tym przekonałeś np. doprawiając jajecznicę szklanką soli, a choć była to jajecznica z 7 czy 8 jaj niestety nie wyszła dobra. Wyrzucając ją do kosza, matka pomstowała, że szkoda jajek, że wszystko kosztuje, że nie będzie dźwigać kolejnych zakupów i szkoda tych biednych, umęczonych kur z fermy, co je zniosły na zmarnowanie. Ale takie z fermy są tańsze, więc matka kupuje, bo u nas idzie dużo jajek. Nie zapomnij mieszać tej cebuli, ale jak zapomnisz to w końcu zrobi to twoja matka, krzycząc: gdzie poszedłeś? przypala się! trzeba mieszać. Jak nie zapomnisz, to zanim się przypali, wrzuć z dziesięć plastrów kiełbasy. Pomieszaj. Drewnianą łyżką, bo jak grzebiesz na patelni widelcem, patelnia się psuje i matka znów się czepia. Jak kiełbasa się zrumieni, a cebula zmięknie, zjedz trochę. Całkiem dobre. Matka dodała jeszcze tymianek. Podobno jest zdrowy i należy go koniecznie dodawać do cebuli smażonej po 21.00. 

23:25, szczypta_chili
Link Komentarze (5) »
wtorek, 28 maja 2013
Byłe dziewczyny

P. czeka na spotkanie ze swoją byłą, która kiedyś zajmowała się nim i zabierała w różne fajne miejsca. A potem wyjechała. Ale kontakt wcale się nie urwał. Piotr ma jak najlepsze stosunki ze swoimi byłymi. Z wzajemnością. Byłe są zawsze mile widziane i chętnie się z nami spotykają, jak nadarzy się okazja. Cieszył się na to spotkanie od kilku dni -- to jest nie dawał żyć i powtarzał imię byłej 50 razy na godzinę. Po spotkaniu wspominał, czyniąc to samo. Piotr i jego autyzm oczekują utrwalenia obecności byłej w codzienności -- skoro już pojawiła się, jest to niech będzie zawsze. Autyści to naprawdę umieją żyć chwilą bieżącą, tu i teraz, i cały świat próbują do tego zmusić.  

Obie strony liczą na szybką powtórkę (niech tylko przestanie lać!). Co oczywiście będzie skutkowało powtarzaniem imienia 50x przed i po.  Doszło do tego, że P. rozpoznał byłą w Internecie. i czytaliśmy rozmowę z nią w jednym z pism. P. ma szczęście do dziewczyn - są cudowne, niezwykłe. W obecnej też się kocha i już wychodząc do szkoły powtarza jej imię. Dobrze, że pojawiają się też panowie, koledzy, chłopaki i męskie rozmowy. Widzę, jak inaczej P. "rozmawia" z kobietami i mężczyznami.  

I tyle.

I wciąż nie mam weny, ani siły, ani chęci pisać o innych sprawach, co mnie kopią. Dokopują, że ojej. 

11:07, szczypta_chili
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 maja 2013
Rzeka

-- Wisła-- powiedział obojętnie P. i wyszedł z kadru.

Powiedział w swoim języku, ale na pewno chodziło o Wisłę. O rzekę naszą, polską, warszawską.  Nie, nie to nie jest kadr z gorącego weekendu na Mazurach. To zejście nad Wisłę, jak najbardziej w granicach miasta stołecznego, blisko nowej ruchliwej drogi i mostu. Mamy więcej zdjęć z Warszawy, jakiej nie znacie. Uwielbiam te nasze spacery i lubię pewien pomysł, który niedawno przyszedł mi do głowy. Nie mam pojęcia, czy to wyjdzie. Byle nie tak jak Piotrek z kadru. Na niektórych zdjęciach raczył w nim pozostać. Nie Mazury, nie Karaiby, trzeba się odnaleźć tu, tu, tu. Niejeden z moich instruktorów tańca powtarzał, że trzeba tańczyć na takiej powierzchni, jaką mamy, trzeba umieć się na niej zmieścić. Mówili też o tym, że wcale nie trzeba tak się wysilać, jak nam się wydaje to konieczne. Taniec jest jak życie. I w związku z tym mam też drugi pomysł. Jak dobrze, że potrafię jeszcze "tańczyć". Potrafię? Za aerobikiem i fitnessem nie przepadam. Żyjesz tak, jak się ruszasz -- mówili mi. Mam doświadczenie w życiu automatycznym, słabe jest.  

Klapnęłabym na ten wiślany piasek, choć na chwilę, ale P. bardzo chciał iść dalej. Zresztą nie pachniało tam najlepiej, nie tak, jak na Mazurach. Poszliśmy.

I tylko tyle napiszę. I tak sporo zdań z tego wyszło. Myślałam, że dam radę tylko fotkę wrzucić. Z dziś. Ostatnio sporo się dzieje. Tańczymy. Płyniemy. P. przywiózł medal ze Spartakiady, nawet o tym nie napisałam -- chodzi z krążkiem po mieszkaniu bardzo z siebie dumny. Opiszę swoją wizytę w sejmie RP, zbieram siły. 

Płyniemy. Autyzm -- temat-rzeka. My -- temat-rzeka. Jednak przymierzam się do budowy tamy. Wszystko zaczyna spływać w jedno miejsce, czuję to. 

20:29, szczypta_chili
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 maja 2013
Pogoda się popsuła

Patrzę przez okno -- od kilku dni zanosi się na deszcz. W dzień noszę ze sobą parasol. 

P.  regularnie dostarcza wielu radości i optymistycznych obserwacji. Nie przestaje. W tym rejonie pogoda wyraźnie dopisuje. On sam też pozostaje pogodny. Już śpi. Chyba odsypia zmianę w swoim poukładanym kalendarzu. 

Psuje się w rejonach życiowo-bytowych. Psuje, bo nie poprawia to mało powiedziane. Plan na przetrwanie w trudnych warunkach zmienia się w plan na przetrwanie w jeszcze trudniejszych. Właściwie od dobrych 4-5 lat tylko same plany na przetrwanie. Ale żeby tak?! Byłam zbytnią optymistką? Chyba nadal nią jestem -- może jednak zdarzy się cud? Wierzę. Trochę. Jeszcze trochę wierzę. 

Oprócz wiary, trochę działania. Ale nie jestem już herosem wszystkodźwigającym ani programem komputerowym, który ma zawsze działać. I niemal każdego dnia widzę w swym działaniu różnicę. Czasową. 

Papierkowa robota wciąż się nie skończyła. Dziś sobie odpuściłam. Od środy znów bieganie z papierami. Kserowanie, kserowanie. Pisanie, pisanie. 

Na Targach Książki miałam świętować wydanie bloga w formie ogólnodostępnej całości. Ze względu na wyżej wymienione kłopoty, problemy, sprawy, różnice czasowe, niebycie programem komputerowym i brak kompetencji na bycie czterema osobami naraz -- poprosiłam o przełożenie terminu. No, cóż. Jeszcze zajrzę do treści, doszlifuję. 

W kalendarzu mam jednak co zapisywać. Właśnie uzupełniam notatki, by nic nie umknęło pamięci.

Jutro pewnie też wezmę parasol. I pewnie napiszę, jak było.

23:25, szczypta_chili
Link Komentarze (1) »
czwartek, 09 maja 2013
Szara koszulka

Oto Piotrek w szarej koszulce.

Świeżutki. Dzisiejszy. Szara koszulka też jest w dobrej formie. Niezniszczona. Choć w chwili kupna była luźna, wisząca, w wersji XXL, taka ulubiona, wielka, wygodna. Teraz jest taka w sam raz, na donoszenie, bo Piotrek w ciągu ostatnich miesięcy, może roku wyraźnie się powiększył. Z chudego chłopaka-patyczaka przedzierzgnął się w dorosłego faceta. 

Dorosły P. wspólnie ze mną załatwia wiele dorosłych spraw. Jako pełnoletni obywatel musi np. sam podpisywać dokumenty, które go dotyczą. Dziś musiałam odebrać go ze szkoły i zawieźć na podpisywanie. Chodzi o projekt państwowo-unijny,  podpisów trzeba było złożyć tak z 7 do 10. Straciłam rachubę. Usiadł i podpisywał. Raz imieniem, raz nazwiskiem, raz jednym i drugim na pół strony, raz zdrobnieniem od imienia. Jak mu wyszło. To nic, to nic -- mówił pan, który zajmował się nami i formularzami  --  charakter pisma się zgadza. Charakter pisma to drukowane litery sporej wielkości. Ale P. przeszedł dziś błyskawiczną ewolucję w umiejętności podpisywania się -- jakiś podpis trzeba było zmieścić w ramce i wyszło nieźle.

Przy kolejnym druczku mówię mu: Piotrek, proszę o podpis, a on pisze: PODPIS

Autysta zadaniowy. Konkretny i dokładny. 

Więc autyzm trzyma się dobrze. Dorosły Piotrek nie wyrósł z niego, jak z tej szarej koszulki. 

20:18, szczypta_chili
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2