O autorze
Tagi
RSS
poniedziałek, 14 listopada 2016
Dziwny Księżyc

"Każdy rodzic powinien mieć możliwość wejścia do takiego pokoju gdzie można sobie pokrzyczeć.... Matka by skorzystała.... bo oddychanie do torebki nie pomaga... hmmm.... pełnia.... super pełnia.... jak ja nienawidzę faz księżyca" – pisze Matka Histeryczka od Artysty na fejsbukowej stronie.

Nie wiedziałam, że chodzi o Księżyc. Myślałam, że o autyzm. Jak da w kość. Automatycznie. Ale przecież „te autystyczne” to mają jakieś związki z klimatem. Tak nam się zdaje. W takie dni i wieczory rozrabiają i są dziwniejsze od Księżyca w pełni. No, tak jakby… Chronimy prywatność, ale czasem autyzm się rozbryka, rozbuja. Jednak.

Odpisuję Matce, że nie wiem, czy Księżyc winien, ale jakoś dziwnie jest też i ze mną.

„Prawda? Takie napięcie, jakby zaraz miało coś się wydarzyć... „za chwilę coś stanie się, w palcach znajomy czuję chłód", cytując Edytę Bartosiewicz – odpowiada Matka. Piosenka Edyty to „Wewnątrz”, och, jakże Edyta kojarzy się z melancholiami, księżycami różnymi.

 Świetnie to Matka ujmuje. Takie jakieś napięcie, jakby zaraz… Dodam – melancholijne napięcie jakieś takie.

 Matka słucha dziś Edyty. Cohena słuchamy teraz chyba wszyscy. Bardziej, częściej niż jeszcze tydzień temu, choć miłość trwa od lat. Właśnie skończyłam czytać książkę o Beksińskich. „Portret podwójny.” Mam ją od wydania, podczytywałam, teraz wreszcie przeczytałam strona po stronie. I w taki wieczór, jak dziś dobrnęłam do końca i pomyślałam o tym starszym – jaki on był bezbronny, całkowicie nieasertywny. Znów automatyczne skojarzenie…

Potrzebował dobrych ludzi. Nie trafił.

 Smutno, że ja pierdo...ę. Przecież jest dobrze. Poskładało się. Bez fajerwerków, ale w jakąś względną – ale dla mnie i tak uszczęśliwiającą – normalność. Takiej, w której mieszczą się różne tak zwane normalne rzeczy. Każdej po trochu. Żadnej deprechy. Młody rozkwita. Każdego dnia punktuje te swoje zajęcia i wyjścia do ludzi. Ma najlepszy czas, jaki pamiętam. Nadal! I przychodzi taki wieczór… I nawet już nie rozkładam rzeczywistości na czynniki pierwsze, że projektowa terapia do kwietnia, że szkoły tylko dwa lata jeszcze, że mąci się tam, gdzie powinno być gładko i czysto, że znów nie wyszło tam, gdzie nadzieje się zakorzeniły, że tyle ważnych rzeczy olałam, nie robię ich, ale i o nich nie myślę, że jestem zmęczona i nie jestem wieczna...

Po prostu widzę jakieś czerwone fatum przed którym nie da się uciec.

Nie ma żadnego pokoju, w którym można byłoby sobie pokrzyczeć.

Oddycham, otwierając balkon. Nie do torebki… Torebka jakoś dziwnie mi się skojarzyła.

Ktoś pewnie zapyta, czy wszystko u mnie w porządku, bo czytał ostatni wpis. Dobrze, dobrze, wszystko gra (hm, ale nie tak, jak w tym filmie Allena), po prostu mały splin, taki księżycowy. Niedzielny. W tygodniu ganiam, ogarniam, odhaczam. Nawet sporty uprawiam :) Nic mi nie jest. Soboty też raczej zajęte. W niedziele trochę odpływam. Nie mam siły na nic innego. I pogodziłam się z tym. No, a w niedzielę z tym Księżycem, to jeszcze wezmę i o tym odpływaniu napiszę… Wszystko u mnie OK. Sprawnie. Umysłowo też. Aż strach się przyznać… (Ktoś może powie, że nie rozumie o czym jest ten wpis. I po co to takie rzeczy pisać?!).

My a-rodzice, blogerzy i inne stwory, zamknięte w czterech ścianach, tak nie za bardzo z wyboru lubimy tak po nocach trochę popierdol..ć. O kulturze. O książkach, filmach, muzyce. O tym, co tam z czym nam się w zwojach kojarzy. (Ja robię wpis, oni pewnie dalej gadają o tych Beksińskich) Czasem w realu pijemy jakieś kawy czy tam coś procentowego (i po co to takie rzeczy pisać?!). To się zdarza. Ale za rzadko, gdy chyba każdy w tygodniu ma ten swój plan gonitwy, ciągnie tę nitkę po swoim labiryncie, by nie zabłądzić. Nadążam, nie nadążając. Dobrze, że mogę pisać. O książkach, filmach, muzyce...

A ten pierd..lony księżyc, co wisi na niebie jak ch..j (a po co to tak kląć na blogu?!), to jeb..ne czerwone fatum, blednie.

Jeszcze raz zrobię Edytowanie i pójdę spać. Już poniedziałek. Harmonogram rozpisany do soboty. Jest dobrze, dobrze, dobrze. Księżyca nie będzie widać. 

01:20, szczypta_chili
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 listopada 2016
Matka japonka

Dziś tylko mała dygresja.

Emocja.

Zwierzenie.

Trochę na zamówienie. Kogoś tam kogoś, co podziela mój ból. Ktosiów iluś. Kropla życia na blog, gdy znów na większe tematy brak czasu, sił, bo życie teraz gdzie indziej, i zrobiło się jakby fajniejsze.


Mam matek powyżej uszu.

Jak ktoś chce mnie zaliczyć do matek niepełnosprawnych dzieci – niech się dobrze zastanowi, co ma na myśli. Jestem matką niepełnosprawnego dziecka. Mego dziecka, bo syn jest pełnoletni. Matką, bo płci jestem żeńskiej, i nie mam problemów z płciową tożsamością.

Ale jak słyszę to sformułowanie…

...to widzę cierniową koronę i wielkie, wielkie „matkowe” ego.

Jak Bóg (bóg) wybiera matki niepełnosprawnych dzieci, wiecie na pewno. Tak, to jest to bajdurzenie o Lustrze. Jedna matka mówi, że jej plomby wypadają, jak to czyta kolejny raz. Chyba wczoraj znów widziałam -- tabun matek szalał z wściekłości, gdy drugi oddział łkał rzewnie, że to czysta prawda.

Matki podzielone. Na „matki całkowite” i te takie, nie do końca matczyne, co jeszcze chciałyby coś ugrać na boku, jakieś inne role zagrać w życiu. Może nawet uwalić się w pubie raz na rok?

Mnie zawsze uderza, że w tej opowieści, dziecko staje się jakimś zrzutem z nieba, potrzebnym do uświęcenia matki. No, błagam, żeby to mój syn usłyszał? Guffniasz tak dobrze daje sobie radę może także dlatego, że nie uwiesiłam się na nim, ani jego na sobie nie wieszam. To przede wszystkim chore dziecko, ON potrzebuje wsparcia! Gdyby dostało potrzebną rehabilitację plus pomoc dla rodziny, temat cierpiących w chwale matek byłby zamieciony. O tej elementarnej logice rzadko się wspomina wprost. Ale nie ma wsparcia!!! Są matki.

Tak, raz do roku chciałabym się uwalić w pubie. Zdradzę tajemnicę – robię to zwykle 2 kwietnia, w Światowy Dzień Autyzmu… Inna znajoma mówi czasem: „ja, matka niepełnosprawnego aniołka” i wyjemy wtedy ze śmiechu, wiadomo jakie są „aniołki” z autyzmem.

Kto jeszcze jest nieważny w tym macierzyńskim pędzie?

W grupach dla rodziców gada się tak, jakby ojcowie w ogóle nie istnieli. I nic dziwnego, że oni się w takich grupach czują źle, jak tam ciągle grają piosenkę – "Cześć mamuśki". To przyzwolenie na nieistnienie ojców. Skąd potem zdziwienie i żale, że uciekają? Skąd te alimentacyjne wściekłości? Prawo prawem, ale może właśnie tu zaczyna się przyzwolenie na nieobecność ojców – a, spierdal-jcie, my matki wiemy lepiej. (Ojców na świadczeniach przybywa. Jeden mówił, że chciałby się czasem wódki napić po męsku, ale dawni kumple nie chcą pić z takim, co siedzi przy dziecku)

Z egzekwowaniem władzy rodzicielskiej (czytaj: praw i obowiązków obojga rodziców) jest źle, więc po co to jeszcze wspierać w grupie wsparcia?

"Matkowanie" – mam wrażenie – jest też zabiegiem czysto marketingowym. Matki pod sejmem, matki na sejmowej podłodze, matki czekają na pomoc, matki walczą, wywalczyły, itp. A potem okazuje, że spora część tych matek funkcjonuje w pełnej rodzinie, ma mężów, którzy nie uciekli do Chin, jest rodzeństwo, które pomaga. A opis przypadku (np. w mediach) taki jakby sama była bieduleńka na świecie z tym swoim dzieciątkiem orzeczonym. Nie raz i nie dwa zszokowałam się niemal, jak jedna czy druga mama, znana mi czy z blogowania, czy z wypowiedzi dot. ON, okazała się być kobietą szczęśliwie zamężną, a ja latami, głupia, myślałam, że ona też sama.

Jak ja. (Ale dopiszę, że z alimentami na dziecko, teraz -- OK? sprawiedliwie?)

A dowiedziałam się raz o tym w dyskusji na temat rozpadania się rodzin z dzieckiem niepełnosprawnym. "Nie, nie, one wcale się tak często nie rozpadają, nie dramatyzujmy" – mówi taka jedna, którą uważałam za samotną z wyjątkowo poważnie zaburzonym potomkiem i współczułam jej ogromnie. Zmarnowane współczucie… Mogłam komu innemu je dać.

Zabieg marketingowy? Ojca skrzętnie ukryć, o ojcu najlepiej -- cicho, sza. Niech współczują matce. Ojciec niech w szafie siedzi (jak już wróci z fabryki), dzieci to sprawy matek. Ta nachalna, czasem do obrzydliwości, "matkowa" retoryka pomaga lepiej wypaść w tych wszystkich walkach, w Polsce, pełnej stereotypów, dotyczących rodzicielstwa? Bardzo możliwe.

Oczywiście, że to głównie matki biorą, czy to świadczenie pielęgnacyjne, czy to w ogóle odpowiedzialność za dzieci -- to statystyka. To realia, fakty. Ale czy to takie fajne jest? Warte podtrzymywania?

Chciałabym, żeby prawo lepiej egzekwowało i prawa, i obowiązki obojga rodziców, żeby lepiej to rozumiano, ale wtedy trzeba mówić o rodzicach, o matkach i o ojcach. A czasem te matki z wielkim ego, to jakby się bały, żeby im korona z głowy spadnie (nawet, jak jest cierniowa), jakby miały stracić tożsamość.

Ale wiem, pamiętam, że tzw. „system” bardzo to wspiera, odcina kobiety od świata. Wtedy twoje 200% matki w matce wydaje się być mądrym wyborem. Mechanizmem obronnym, który działa i jeszcze podoba się wszystkim. A ty już się nie szarpiesz o sprawiedliwość, swoje prawa i takie tam. Jesteś matką.

 

A takie przezwisko – feministka, znacie?

Tylko jedno zdanie dopowiem: jak od feministek dostaniesz za darmo prawnika, psychologa, to zmienia ci się opcja. Bo nikt inny nawet nie zapytał. A jak ktoś uważa, że feministki są przeciwko facetom, promują antykobiece wzorce, to chyba upadł na głowę w XIX wieku.

A tak, tak. Dziś nie szukam równowagi, jak zwykle, dziś walę prosto z mostu. Bo mnie trzęsie. Jestem tylko człowiekiem, ale i rodzicem osoby zależnej, która dzięki mnie ma świetne życie i udowadnia to każdego dnia. Aż serce rośnie! O, matko – to ja mam serce?!...

Znów matki oberwały… Kobiety znaczy. Którym dowala się się już z każdej strony. Tym razem ode mnie.

Oj, sorry.

Nie, nie, to był żart. Jak któreś oberwały to te, co i tak kochają obrywać, dźwigać, cierpieć, i nie chcą się uwalić w pubie nawet raz w roku. Bo korona spadnie. Może jakąś większą rzecz o tym napiszę – to moje życie od poczęcia, to te geny kobiecego niezrealizowania, cierpienia, kalki, wzorce, kajdany, szubienice. Ale na dziś tyle. I, żeby ich nie było.

A jak ktoś mi powie, że jestem dzielna Matka Polka, odpowiem, robiąc zeza: a gdzie tam – japonka! Od tych klapków, co wrzynają się w stopę.

(jedna matka wymyśliła Japonkę, a klapki to już moje) Kocham matki. Są fantastyczne. Potrafią śmiać się w takim obłędzie.

 

Tyle się dzieje.

Tu apel do Prezydenta o nieskładanie podpisu pod tzw. ustawą „za życiem” (uczciwe przyznaję, kolaborowałam z „feministkami” i feministkami, które wzięły się do roboty, jak zwykle)

Dla równowagi wypowiedź Agnieszki Dudzińskiej w TVN24, że ustawa jest dobra, ale… i wypunktowanie najważniejszych braków w archaicznym (cytat) systemie wsparcia.

A tu bardziej o samej ustawie, jak zwykle w sedno Joanna Ławicka. 

01:30, szczypta_chili
Link Dodaj komentarz »