O autorze
Tagi
RSS
środa, 15 listopada 2017
Trudne zachowania

Ciężkie czasy.
Przyszłość? Jaka?

Jak pisać o trudnych zachowaniach, o mrocznych stronach, o tym, że autyzm (w rodzinie) potrafi wywołać bezradność, przyprawić o łzy, i myśli bardzo mroczne. Wiele znajomych blogów pozamykało się, bo bohater dorósł i nie życzył sobie takiego pisania. To też była przyczyna mego milczenia, trwającego ponad rok (czy obecne przebudzenie przetrwa – nie wiem). Jedna z przyczyn. Dorośli z autyzmem, ci świadomi siebie, wciąż jadą po rodzicach za obnażanie spraw dzieci, nie tylko tych nieletnich. Próbuję zrozumieć. Głównie rodziców. Bo, także moim zdaniem, często przekraczają granice „szczerości” Bo zwykle trzeba im wsparcia, drogowskazów, nie ocen. I to, cóż – mało obiektywnych. Gdy mówią traumy, obawy: czy moi starzy też tak o mnie gadali? wrzucali filmiki, jak krzywo siedzę na nocniku, mając zespół Aspergera? ………..(sarkazm)

Materiał dla psychologów i socjologów. Wskazówek nie wynoszę żadnych. Nie wiem, jak mówić, pisać. O złym. O trudnym. O takich dniach, kiedy chce się wyć. Pan Piotr też to potrafi. Zastanawiam się wciąż, jak pisać tę naszą prawdę, prawdę o życiu z autyzmem, by nie urazić godności, nie obnażać za wiele, nie przekraczać granic zbyt osobistych. Zastanawiam się, bo nie chcę tworzyć laurki, jak to u nas fajnie i autyzm daje supermoc. No, żesz k...son, chyba, żeby sobie w łeb strzelić nie mając broni. Piotr uderza się w głowę, ja nie wiem, jak żyć z tą bezradnością. I bólem.

I ten lęk o przyszłość. Lęk, który czasem nazywa się: kto z nim wytrzyma?! Jesssu, madko, ludzie kochani, kto oprócz mnie, z nim wytrzyma, by go nie skrzywdzić, nie upokorzyć, nie uciec, nie zostawić gdzieś na pastwę losu. By się go uczyć. Wspierać. Umieć przeprosić. Szanować. Jego godność, jego prawa.

 

***

Społeczność, walcząca o prawa niepełnosprawnych. Jakaś kobieta pisze rzecz zdawałoby się oczywistą – zwraca uwagę, że naziści są niebezpieczni, że na marszu niepodległościowym w Warszawie nieśli transparenty m.in. z napisem „czysta krew” i nikt nic z tym nie zrobił, co nie najlepiej rokuje dla praw ON. Zamiast poparcia, albo chociaż dyskusji, wylewa się rynsztok. Oczom nie wierzę. Przeczytałam gdzieś, że było spokojnie i godnie. Autorkę wspomnianego posta atakowano słowami nie do powtórzenia, ale i zdjęciami rodzin, dzieci – żadni naziści, rasiści czy faszyści. Fajnie było, kolorowo. Patriotycznie. Oczywiście. Nie sami naziści. Problem jest inny: dlaczego policja nie reagowała na nazistów? Na ich transparenty, słowa, zachowania. Jak nakazuje prawo.

I chcecie przestrzegania praw niepełnosprawnych? Serio? Chcecie, by w urzędach, szkołach, przychodniach Was szanowano i nie widzicie związku? Polska jest taka wspaniała, taka niepodległa i nie może podnieść świadczeń kobietom na emeryturach EWK, od 30-40 lat opiekujących się swoimi niepełnosprawnymi dziećmi, których jest garstka i dla budżetu to grosze? Jedno z drugim nie ma związku? Naprawdę? Serio serio? Myślałam, że współczesne państwo powinno tworzyć struktury przyjazne obywatelom. Na ile się da – wszystkim. I wtedy obywatele mają oczywisty powód do dumy i machają radośnie chorągiewkami. Durna ta moja logika… Źródło wiecznego mego (polskiego) cierpienia.

Wieczorem, w sobotę wracaliśmy do domu (nie z marszu), mijając grupki panów z flagami, też powracających do domów. Dla Piotra były to obiekty do ominięcia. Kim dla nich był Piotr? Kupą śmiechu? Był stres. Było nieprzyjemnie. 



Przed nami trudne lata, jak przewiduje Maria Janion w genialnych słowach z listu do Kongresu Kultury 2016 o narodzie, który nie umie żyć bez cierpienia.

Czy to będzie kiedykolwiek kraj dla ludzi niepełnosprawnych? Czy ktoś tu kiedyś coś zbuduje, jakiś skoordynowany system? Czy nadal będziemy żyć w mikrosytemach, które sami – po partyzancku – stworzymy wokół siebie, by jakoś przetrwać? Czy działania na rzecz ON, przyniosą poważniejsze skutki niż drobne zmiany przepisów i poczucie robiących, że coś jednak robią? 

11 listopada byliśmy w lesie, na włoskiej pizzy i francuskich deserach, które pan Piotr uwielbia. Ni to leśni ludzie, ni światowi. A potem zobaczyłam te obchody. I od kilku dni funkcjonuję nisko, podle, byle jak.  Musiałam odreagować.

Działajmy. By było godnie.

Czytajmy, nie patrząc na sztywne kanony.

I nie udawajmy, że jest spoko i godnie. 

01:17, szczypta_chili
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 06 listopada 2017
„Tylko w mojej głowie” (Pozdrawiając każdą panią Lovelace...)

Dałam się wciągnąć od pierwszego rozdziału, od pierwszej strony w świat słów i myśli bohaterki powieści. Zgodnie z tym, co sugeruje tytuł – zamkniętych w jej głowie. Albowiem Melody Brooks nigdy żadnego słowa nie wypowiedziała głośno. Ma porażenie mózgowe, jeździ na wózku. W codziennych czynnościach jest obsługiwana przez inne osoby. Tylko jej kciuki działają bez zarzutu.

Nie potrafię mówić. Nie potrafię chodzić. Nie potrafię sama jeść ani pójść do łazienki. Beznadziejna sprawa.

Melody ma 11 lat. Nazywa siebie zepsutym dzieckiem. Jednak jej myśli – dziewczynka jest tu narratorem – zapisane prostym, ale bardzo starannym językiem prowadzą ku całkiem innym wnioskom. Zepsute jest raczej otoczenie, które nie odczytuje sygnałów, źle ocenia intencje. W ogóle osobę niemówiącą, na wózku ocenia zbyt łatwo i niestarannie. Źle ją ocenia... Poprzez cieknącą ślinę, ubrania zalane sosem, o co nietrudno, gdy jest się karmionym, problemy z korzystaniem z toalety. Poprzez powykrzywianą sylwetkę, niezborne piski i krzyki, jakie z siebie wydaje. Nie szukając tego, co w jest w jej głowie...

Niesamowity jest rozdział, opisujący klasę pełną niepełnosprawnych dzieci. Każde z nich ma jakieś swoje „coś”, swoje „zepsucie.” Od razu przypomniała mi się książka Duże sprawy w małych głowach” Agnieszki Kossowskiej, ten rozdział jest jak ta książka w pomniejszeniu, w małej pigułce, do szybkiego łyknięcia. Działa natychmiast! Naprawdę można się wkurzyć na takie traktowanie ludzi! Nauczycielka, tuż przed Bożym Narodzeniem wyciąga z pudła pożółkłego styropianowego bałwana Sydneya, by dzieci mogły go – jak co roku – udekorować. I, jak co roku, każde z nich próbuje na swój sposób wyrazić, jak bardzo nie znosi tej idiotycznej ceremonii. Ale pani tego nie zauważa, nie słucha… Tylko Melody rozumie rówieśników, ale patrząc na nich wie, że sama jest jednak inna. Nie jest „niedorozwinięta.”

To trochę tak, jakbym żyła w klatce bez drzwi i bez klucza. I nie mam żadnej możliwości, aby powiedzieć komuś, jak można mnie stamtąd wydostać.

O jednej z nauczycielek Melody mówi: Myślę, że sądziła, że łatwo pracuje się z ludźmi, którzy są od niej głupsi. Piękne prawda? I przypomniał mi się ten wpis

Z czasem dziewczynka trafia do klasy integracyjnej, dostaje odpowiednie narzędzie do komunikowania się (pamiętacie, że z jej kciukami wszystko w porządku?). Okazuje się, że ma świetną pamięć, osiąga coraz lepsze wyniki w nauce. To jednak nie rozwiązuje problemu inności. Szkolna integracja jest kruchym zjawiskiem. Ludziom niełatwo uwierzyć, że osoba na wózku jest w czymś dobra. Najlepsza. Melody ma wsparcie w rodzinie – ach, ta ostra mamuśka, gotową walczyć o córkę z każdym, kto jej nie docenia. Ale nawet bliscy nie do końca ją rozumieją. Już szybciej ukochane zwierzaki – suczka Toffi i rybka Ollie. Z rybką wiąże się ciekawa, egzystencjalna historia, ale to już sami sobie znajdźcie w książce.

Narracja niesie czytelnika płynnie i równo. Ja jednak wciąż robiłam przerwy, by zapisać, podkreślić, próbować zapamiętać jakieś zdanie. Przeważnie banalnie proste w konstrukcji, złożone z niewyszukanych słów, ale trafiające w sedno. Jak te cytowane wyżej.

Według mnie jest to przede wszystkim książka o komunikacji.

Ile razy – my mówiący – czuliśmy się nierozumiani? Ile razy, wyjaśniając coś dziesiątkami wypowiedzianych głośno zdań, i tak czuliśmy, że trafiamy na mur, że nikt nas nie słucha, nie rozumie? Co więc musi czuć osoba, która swoje zdania ma tylko w głowie? Myślę o moim synu. Tysiące razy próbowałam zrozumieć, co siedzi w jego głowie – tak wiele potrafi zrozumieć, a tak niewiele powiedzieć. Nie dostał w porę odpowiednich narzędzi, kompetencje komunikacyjne wciąż w budowie. To jest najtrudniejsza rzecz w naszym życiu. Złość, agresja u osób z niepełnosprawnością, w tym oczywiście tych z autyzmem, wynika często właśnie z braku możliwości komunikowania się, z frustracji, że nie umieją przekazać, co czują, myślą, choć może nigdy nie zaczną mówić. Jest to więc książka o tym, jak ważna jest komunikacja alternatywna (ale i niedoskonała, jak każda inna). Mam nadzieję, że Piotr będzie chciał posłuchać historii Melody :

Nie daj się nabrać na te wszystkie poruszające słowa, jakich pełne są książki o niepełnosprawnych dzieciachmówi jedna z postaci. Na początku wciąż łapałam się na tym, że nie dowierzam, że narratorką jest 11-latka, że opinie są zbyt poważne, jak na takie dziecko. Dzieci z niepełnosprawnościami (jak i wszystkie) trzeba zobaczyć takimi, jakimi są naprawdę, nie wymyślonymi przez nas. Można polubić Melody za jej trudny charakter, za bunt, za determinację, za całą skomplikowaną osobowość, ukrytą w ciele, które niemal nie może się ruszać. Ode mnie szczególny bonus za to, że nie cierpi słodkich obrazków i gdzieś tam informuje nas, że zaraz zwymiotuje na aniołka :)

Książka, adresowana jest do dzieci i młodzieży, ale dobra literatura jest przecież dla każdego.

 

Sharon M. Draper Tylko  w mojej głowie

Wydawnictwo Linia seria Biała Plama, 2016

Informacja od wydawcy i szansa na zakup TUTAJ

 

PS

Moje ulubione zdanie z tej książki brzmi: Czułam jednak, że pani Lovelace jest kimś, kto zada sobie trud, aby mnie zrozumieć.

Od dzieciństwa czuję, że mam spore problemy w relacjach, choć pozornie wcale na to nie wygląda. Kolekcjonuję osoby, które słuchają, pamiętają, z którymi mogę się porozumieć. Niczym trofea. Zawsze z zachwytem. Od dziś będę Was nazywać paniami Lovelace. Tylko w mojej głowie. Nie będziecie o tym wiedzieć. Ani o tym, że dla Was ja jestem panią Lovelace, która zadaje sobie ów wspomniany trud. 

02:31, szczypta_chili
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 października 2017
Dla całego życia

A gdyby tak znów zacząć pisać bloga?

Tematy się jednak nie wyczerpały.

Właśnie się zorientowałam, że o tym pisałam tu już z 5 lat temu... 

To "szaleństwo" jest całkiem świeże, zaczęło się wiosną od przygotowań do wystąpienia na Kongresie Kobiet i wcale się nie skończyło. Rozrasta się. 

"Szaleństwo", bo miałam już sobie żyć "normalnie" bez powikłań, bez wkręcania się w działania na rzecz. Bloga chciałam pisać lajfstylowego. Nadal chcę! Już chcę tak długo, że może wreszcie zacznę. Tak to ze mną jest. Wszystko trwa, dojrzewa powoli. W moim całym życiu wciąż czarne dziury, niedoczasy, nadmiary obowiązków, za krótkie dni i noce. Autyzm i przemijanie. 

Czy ja mam jakiś wpływ na własne życie?

Chyba tak.

Na pewno chcę całego życia, nie resztek.

Więc po odhibernowaniu się, ustawieniu paru spraw, dotyczących właśnie uzupełnień w życiu, by bardziej całe było, znów działam na rzecz, na przykład pisząc. Co chyba w miarę dobrze robię. Zawodowo :)

1

2

3

Teraz też piszę. Dwa kolejne teksty.

Pan Piotr śpi. A co niby miałby robić o tej porze? Coraz bardziej dorosły. Coraz bardziej samodzielny. Dużo tego mego życia wciąż dla niego. Przed nim życie. Nie może być byle jakie, dziurawe, smutne. Na razie wciąż ma się z czego cieszyć. Jest szczęśliwy.


Witajcie!

 

Hasło wpisałam poprawnie za trzecim razem. Jakoś dziwnie się czuję, ale dobrze, jakby lżej.. Jak wtedy, gdy 10 lat temu (10 lat?!) pewnej nocy zaczęłam blogowanie, wtedy jeszcze anonimowo, pod innym adresem.

Klikam więc w "publikuj"

30 października 2017, godz. 2.40

02:40, szczypta_chili
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 listopada 2016
Dziwny Księżyc

"Każdy rodzic powinien mieć możliwość wejścia do takiego pokoju gdzie można sobie pokrzyczeć.... Matka by skorzystała.... bo oddychanie do torebki nie pomaga... hmmm.... pełnia.... super pełnia.... jak ja nienawidzę faz księżyca" – pisze Matka Histeryczka od Artysty na fejsbukowej stronie.

Nie wiedziałam, że chodzi o Księżyc. Myślałam, że o autyzm. Jak da w kość. Automatycznie. Ale przecież „te autystyczne” to mają jakieś związki z klimatem. Tak nam się zdaje. W takie dni i wieczory rozrabiają i są dziwniejsze od Księżyca w pełni. No, tak jakby… Chronimy prywatność, ale czasem autyzm się rozbryka, rozbuja. Jednak.

Odpisuję Matce, że nie wiem, czy Księżyc winien, ale jakoś dziwnie jest też i ze mną.

„Prawda? Takie napięcie, jakby zaraz miało coś się wydarzyć... „za chwilę coś stanie się, w palcach znajomy czuję chłód", cytując Edytę Bartosiewicz – odpowiada Matka. Piosenka Edyty to „Wewnątrz”, och, jakże Edyta kojarzy się z melancholiami, księżycami różnymi.

 Świetnie to Matka ujmuje. Takie jakieś napięcie, jakby zaraz… Dodam – melancholijne napięcie jakieś takie.

 Matka słucha dziś Edyty. Cohena słuchamy teraz chyba wszyscy. Bardziej, częściej niż jeszcze tydzień temu, choć miłość trwa od lat. Właśnie skończyłam czytać książkę o Beksińskich. „Portret podwójny.” Mam ją od wydania, podczytywałam, teraz wreszcie przeczytałam strona po stronie. I w taki wieczór, jak dziś dobrnęłam do końca i pomyślałam o tym starszym – jaki on był bezbronny, całkowicie nieasertywny. Znów automatyczne skojarzenie…

Potrzebował dobrych ludzi. Nie trafił.

 Smutno, że ja pierdo...ę. Przecież jest dobrze. Poskładało się. Bez fajerwerków, ale w jakąś względną – ale dla mnie i tak uszczęśliwiającą – normalność. Takiej, w której mieszczą się różne tak zwane normalne rzeczy. Każdej po trochu. Żadnej deprechy. Młody rozkwita. Każdego dnia punktuje te swoje zajęcia i wyjścia do ludzi. Ma najlepszy czas, jaki pamiętam. Nadal! I przychodzi taki wieczór… I nawet już nie rozkładam rzeczywistości na czynniki pierwsze, że projektowa terapia do kwietnia, że szkoły tylko dwa lata jeszcze, że mąci się tam, gdzie powinno być gładko i czysto, że znów nie wyszło tam, gdzie nadzieje się zakorzeniły, że tyle ważnych rzeczy olałam, nie robię ich, ale i o nich nie myślę, że jestem zmęczona i nie jestem wieczna...

Po prostu widzę jakieś czerwone fatum przed którym nie da się uciec.

Nie ma żadnego pokoju, w którym można byłoby sobie pokrzyczeć.

Oddycham, otwierając balkon. Nie do torebki… Torebka jakoś dziwnie mi się skojarzyła.

Ktoś pewnie zapyta, czy wszystko u mnie w porządku, bo czytał ostatni wpis. Dobrze, dobrze, wszystko gra (hm, ale nie tak, jak w tym filmie Allena), po prostu mały splin, taki księżycowy. Niedzielny. W tygodniu ganiam, ogarniam, odhaczam. Nawet sporty uprawiam :) Nic mi nie jest. Soboty też raczej zajęte. W niedziele trochę odpływam. Nie mam siły na nic innego. I pogodziłam się z tym. No, a w niedzielę z tym Księżycem, to jeszcze wezmę i o tym odpływaniu napiszę… Wszystko u mnie OK. Sprawnie. Umysłowo też. Aż strach się przyznać… (Ktoś może powie, że nie rozumie o czym jest ten wpis. I po co to takie rzeczy pisać?!).

My a-rodzice, blogerzy i inne stwory, zamknięte w czterech ścianach, tak nie za bardzo z wyboru lubimy tak po nocach trochę popierdol..ć. O kulturze. O książkach, filmach, muzyce. O tym, co tam z czym nam się w zwojach kojarzy. (Ja robię wpis, oni pewnie dalej gadają o tych Beksińskich) Czasem w realu pijemy jakieś kawy czy tam coś procentowego (i po co to takie rzeczy pisać?!). To się zdarza. Ale za rzadko, gdy chyba każdy w tygodniu ma ten swój plan gonitwy, ciągnie tę nitkę po swoim labiryncie, by nie zabłądzić. Nadążam, nie nadążając. Dobrze, że mogę pisać. O książkach, filmach, muzyce...

A ten pierd..lony księżyc, co wisi na niebie jak ch..j (a po co to tak kląć na blogu?!), to jeb..ne czerwone fatum, blednie.

Jeszcze raz zrobię Edytowanie i pójdę spać. Już poniedziałek. Harmonogram rozpisany do soboty. Jest dobrze, dobrze, dobrze. Księżyca nie będzie widać. 

01:20, szczypta_chili
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 listopada 2016
Matka japonka

Dziś tylko mała dygresja.

Emocja.

Zwierzenie.

Trochę na zamówienie. Kogoś tam kogoś, co podziela mój ból. Ktosiów iluś. Kropla życia na blog, gdy znów na większe tematy brak czasu, sił, bo życie teraz gdzie indziej, i zrobiło się jakby fajniejsze.


Mam matek powyżej uszu.

Jak ktoś chce mnie zaliczyć do matek niepełnosprawnych dzieci – niech się dobrze zastanowi, co ma na myśli. Jestem matką niepełnosprawnego dziecka. Mego dziecka, bo syn jest pełnoletni. Matką, bo płci jestem żeńskiej, i nie mam problemów z płciową tożsamością.

Ale jak słyszę to sformułowanie…

...to widzę cierniową koronę i wielkie, wielkie „matkowe” ego.

Jak Bóg (bóg) wybiera matki niepełnosprawnych dzieci, wiecie na pewno. Tak, to jest to bajdurzenie o Lustrze. Jedna matka mówi, że jej plomby wypadają, jak to czyta kolejny raz. Chyba wczoraj znów widziałam -- tabun matek szalał z wściekłości, gdy drugi oddział łkał rzewnie, że to czysta prawda.

Matki podzielone. Na „matki całkowite” i te takie, nie do końca matczyne, co jeszcze chciałyby coś ugrać na boku, jakieś inne role zagrać w życiu. Może nawet uwalić się w pubie raz na rok?

Mnie zawsze uderza, że w tej opowieści, dziecko staje się jakimś zrzutem z nieba, potrzebnym do uświęcenia matki. No, błagam, żeby to mój syn usłyszał? Guffniasz tak dobrze daje sobie radę może także dlatego, że nie uwiesiłam się na nim, ani jego na sobie nie wieszam. To przede wszystkim chore dziecko, ON potrzebuje wsparcia! Gdyby dostało potrzebną rehabilitację plus pomoc dla rodziny, temat cierpiących w chwale matek byłby zamieciony. O tej elementarnej logice rzadko się wspomina wprost. Ale nie ma wsparcia!!! Są matki.

Tak, raz do roku chciałabym się uwalić w pubie. Zdradzę tajemnicę – robię to zwykle 2 kwietnia, w Światowy Dzień Autyzmu… Inna znajoma mówi czasem: „ja, matka niepełnosprawnego aniołka” i wyjemy wtedy ze śmiechu, wiadomo jakie są „aniołki” z autyzmem.

Kto jeszcze jest nieważny w tym macierzyńskim pędzie?

W grupach dla rodziców gada się tak, jakby ojcowie w ogóle nie istnieli. I nic dziwnego, że oni się w takich grupach czują źle, jak tam ciągle grają piosenkę – "Cześć mamuśki". To przyzwolenie na nieistnienie ojców. Skąd potem zdziwienie i żale, że uciekają? Skąd te alimentacyjne wściekłości? Prawo prawem, ale może właśnie tu zaczyna się przyzwolenie na nieobecność ojców – a, spierdal-jcie, my matki wiemy lepiej. (Ojców na świadczeniach przybywa. Jeden mówił, że chciałby się czasem wódki napić po męsku, ale dawni kumple nie chcą pić z takim, co siedzi przy dziecku)

Z egzekwowaniem władzy rodzicielskiej (czytaj: praw i obowiązków obojga rodziców) jest źle, więc po co to jeszcze wspierać w grupie wsparcia?

"Matkowanie" – mam wrażenie – jest też zabiegiem czysto marketingowym. Matki pod sejmem, matki na sejmowej podłodze, matki czekają na pomoc, matki walczą, wywalczyły, itp. A potem okazuje, że spora część tych matek funkcjonuje w pełnej rodzinie, ma mężów, którzy nie uciekli do Chin, jest rodzeństwo, które pomaga. A opis przypadku (np. w mediach) taki jakby sama była bieduleńka na świecie z tym swoim dzieciątkiem orzeczonym. Nie raz i nie dwa zszokowałam się niemal, jak jedna czy druga mama, znana mi czy z blogowania, czy z wypowiedzi dot. ON, okazała się być kobietą szczęśliwie zamężną, a ja latami, głupia, myślałam, że ona też sama.

Jak ja. (Ale dopiszę, że z alimentami na dziecko, teraz -- OK? sprawiedliwie?)

A dowiedziałam się raz o tym w dyskusji na temat rozpadania się rodzin z dzieckiem niepełnosprawnym. "Nie, nie, one wcale się tak często nie rozpadają, nie dramatyzujmy" – mówi taka jedna, którą uważałam za samotną z wyjątkowo poważnie zaburzonym potomkiem i współczułam jej ogromnie. Zmarnowane współczucie… Mogłam komu innemu je dać.

Zabieg marketingowy? Ojca skrzętnie ukryć, o ojcu najlepiej -- cicho, sza. Niech współczują matce. Ojciec niech w szafie siedzi (jak już wróci z fabryki), dzieci to sprawy matek. Ta nachalna, czasem do obrzydliwości, "matkowa" retoryka pomaga lepiej wypaść w tych wszystkich walkach, w Polsce, pełnej stereotypów, dotyczących rodzicielstwa? Bardzo możliwe.

Oczywiście, że to głównie matki biorą, czy to świadczenie pielęgnacyjne, czy to w ogóle odpowiedzialność za dzieci -- to statystyka. To realia, fakty. Ale czy to takie fajne jest? Warte podtrzymywania?

Chciałabym, żeby prawo lepiej egzekwowało i prawa, i obowiązki obojga rodziców, żeby lepiej to rozumiano, ale wtedy trzeba mówić o rodzicach, o matkach i o ojcach. A czasem te matki z wielkim ego, to jakby się bały, żeby im korona z głowy spadnie (nawet, jak jest cierniowa), jakby miały stracić tożsamość.

Ale wiem, pamiętam, że tzw. „system” bardzo to wspiera, odcina kobiety od świata. Wtedy twoje 200% matki w matce wydaje się być mądrym wyborem. Mechanizmem obronnym, który działa i jeszcze podoba się wszystkim. A ty już się nie szarpiesz o sprawiedliwość, swoje prawa i takie tam. Jesteś matką.

 

A takie przezwisko – feministka, znacie?

Tylko jedno zdanie dopowiem: jak od feministek dostaniesz za darmo prawnika, psychologa, to zmienia ci się opcja. Bo nikt inny nawet nie zapytał. A jak ktoś uważa, że feministki są przeciwko facetom, promują antykobiece wzorce, to chyba upadł na głowę w XIX wieku.

A tak, tak. Dziś nie szukam równowagi, jak zwykle, dziś walę prosto z mostu. Bo mnie trzęsie. Jestem tylko człowiekiem, ale i rodzicem osoby zależnej, która dzięki mnie ma świetne życie i udowadnia to każdego dnia. Aż serce rośnie! O, matko – to ja mam serce?!...

Znów matki oberwały… Kobiety znaczy. Którym dowala się się już z każdej strony. Tym razem ode mnie.

Oj, sorry.

Nie, nie, to był żart. Jak któreś oberwały to te, co i tak kochają obrywać, dźwigać, cierpieć, i nie chcą się uwalić w pubie nawet raz w roku. Bo korona spadnie. Może jakąś większą rzecz o tym napiszę – to moje życie od poczęcia, to te geny kobiecego niezrealizowania, cierpienia, kalki, wzorce, kajdany, szubienice. Ale na dziś tyle. I, żeby ich nie było.

A jak ktoś mi powie, że jestem dzielna Matka Polka, odpowiem, robiąc zeza: a gdzie tam – japonka! Od tych klapków, co wrzynają się w stopę.

(jedna matka wymyśliła Japonkę, a klapki to już moje) Kocham matki. Są fantastyczne. Potrafią śmiać się w takim obłędzie.

 

Tyle się dzieje.

Tu apel do Prezydenta o nieskładanie podpisu pod tzw. ustawą „za życiem” (uczciwe przyznaję, kolaborowałam z „feministkami” i feministkami, które wzięły się do roboty, jak zwykle)

Dla równowagi wypowiedź Agnieszki Dudzińskiej w TVN24, że ustawa jest dobra, ale… i wypunktowanie najważniejszych braków w archaicznym (cytat) systemie wsparcia.

A tu bardziej o samej ustawie, jak zwykle w sedno Joanna Ławicka. 

01:30, szczypta_chili
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 113