Blog > Komentarze do wpisu
Mini

Niedawno był Dzień Matki.

Minął. Okazjonalne wpisy to tutaj rzadkość, ale wpis o matkach noszę w głowie, a może w sobie od dawna. I ciągle nie ma go tutaj. A jakoś te matki kolą i bodą od środka. Aż boli. Może teraz. Choć krótko.

Gdy rano smarowałam masłem bułkę grahamkę, co by ją dać dziecku na drugie śniadanie, zaświtało mi w głowie takie zdanie: minimalizuję swoje istnienie.

Ups! Ojej. Co ty tak filozujesz, droga, z samego rana w koszuli nocnej…

Ledwo dziś wstałam, ciut bardziej ledwo niż zwykle, choć nie siedziałam długo w nocy, co jest raczej częste. Ale dziecko wstało wcześniej – rzadko kiedy jest inaczej. Ma szkołę, zajęcia, przeważnie kładzie się wcześniej. Myślę, że niekoniecznie tylko ze zmęczenia czy nudy (z matką, sfatygowaną wieczornie, mało przystępną interpersonalnie), ale też dlatego, że chce, by jak najszybciej był nowy dzień, kolejne fajne zajęcia, kolejne doznania. Sens życia. Więc, jak rano wstaje, to jest intensywnie, głośno, wszechobecnie: szuranie kapciami, bieganie, skakanie, klaskanie, mruczenie, buczenie. Słowa, słowa, słowa: myje, ubiera, śniadanie, busik. Już, już, natychmiast. A mnie się chce jeszcze chwilę poleżeć. I żeby było cicho. I bez pospiechu.

Więc wobec całej tej intensywności chowam się pod kołdrą, znikam. Nie lubię, gdy tu zagląda, budzi mnie, chodzi wokół. Choć budzik jeszcze nie dzwonił. Choć jeszcze mnóstwo czasu, by przygotować się do wyjścia.

Minimalizuję swoje istnienie.

Ta ciągła obecność dziecka z autyzmem. Kiedyś mała zmiana pozycji na kanapie, na przykład nieświadome skrzyżowanie rąk wywoływała agresję. Albo zmiana tembru głosu. Albo wiązanie sznurówki na spacerze. Więc zaczęłam uważać. Być w ciągłej gotowości, by reagować na nieprzewidywalność autyzmu… Minimalizować swoje istnienie. Kontrolować odruchy, pilnować się. Coś z tego zostało. Chyba najbardziej to napięcie w ciele. Nieodwracalne.

Minimalizować potrzeby, rezygnować z wielu rzeczy. Kolejny etap. Bo nie ma na to czasu, siły, środków, by robić to, co ja chcę dla siebie. Nie ma do tego warunków. Niektórzy mówią na to poświęcenie.

Dzień Matki minął. W czwartek nie mogłam się ruszyć. Odpoczywałam. Próbowałam. Piotr nie chciał odpoczywać. Nie wspierał mnie. Czwartek to był trudny dzień. Tak wyszło.

Ale Dzień Matki co roku jest trudny. Nie, nie, wcale nie ze względu na Piotrka. Żadnych tam łez żalu, że on nie takie dziecko, czy ja matka nie taka. Dziecko co roku daje mi fajny prezent. Tym razem świecznik. Elegancki, w stylu minimalistycznym.

 

Inna struna drży. Zdjęcia matek i córek, podziękowania, wzruszenia, serduszka… Spadówa. Nie mogę. Słabo mi. Odcinam się. To musi być ogromne szczęście, o którym mało wiem.

Są też te historie o poświęcaniu się. Wkurzają, drażnią. Właśnie to się robi różnicę. Mogę wyliczyć, co poświęciłam – praca (szanse na karierę), życie towarzyskie, pasje, mieszkanie, szanse i plany niezliczone inne… To były moje wybory i decyzje w moim życiu z autyzmem z tle. Ale nie się. Nie siebie. Ja istnieję! Historia kobiet jest inna niż zwycięstw, porażek, rewolucji, konstytucji, żołnierzy wyklętych, dobrych czy złych. Tyle kobiet w mojej rodzinie nie zrobiło tego, co chciało, nawet nie próbowały. Uważały, że nie mają wyboru. I niosły przez pokolenia swoje frustracje, lęki, niespełnienia, żale i złości. Tylko to miały i to mogły dać dzieciom. A matki niepełnosprawnym dzieci. Poświęcające się. Nierzadko same tak właśnie widzą siebie – jako całkowicie oddane. Nie starcza… no czego??? na inną tożsamość. Co ja mam z nimi wspólnego?

Wkurzają mnie czasem te baby strasznie ze swoim macierzyńskim zadęciem, nadęciem, zaślepieniem. Te, co niby nic dla siebie nie chcą, ale jakoś tak strasznie gęsto wokół nich od krzyku, płaczu, żalu. Aż boję się podejść, żeby być razem, bo niby łatwiej razem cierpienia znosić (radości dzielić). To też jakby cały świat przywoływały – popatrzcie, my też jesteśmy, istniejemy. Bo jest ciężko, wiem, znam, też niosę, ale nie tak chcę o tym mówić. Można o tym książkę napisać, ale próbuję się nie rozgadywać.

 

Wyprawiłam dziecko (dorosłe, niesamodzielne) do szkoły i poszłam na zajęcia. Tańczę. Znów. Istnieję, gdy się poruszam. To znaczy więcej niż ruch ciałem. To był mój świat – taniec, ruch, praca z ciałem, kursy, warsztaty, wyjazdy. Ale to też bardzo uniwersalne zdanie, no taka wiecie -- życiowa mądrość. Na zajęciach zwykle mówimy o swoich doświadczeniach w ruchu – staram się za dużo nie mówić, kondensować treść. Tego potrzebuję. W sali jest dość ciasno, dzielimy się tą powierzchnią. Uświadomiłam sobie, że wystarcza mi jej mało, by zmieścić się ze wszystkim, co mam w sobie, z czym się poruszam.

Dopiero potem, wychodząc przypomniałam sobie zdanie znad grahamki.

I zrozumiałam: minimalizacja nie musi oznaczać ograniczenia.

Mały świat jest przytulny i bezpieczny. Są w nim same najlepsze rzeczy. Można z niego wyjść i sięgnąć po więcej, biegać w większym kółku. Albo po skosie. Kwestia wyboru.

No i znów za długi wpis… Jak ja się czasem rozpędzę, to o matko droga dość! :) 

wtorek, 31 maja 2016, szczypta_chili

Polecane wpisy

  • Dziwny Księżyc

    "Każdy rodzic powinien mieć możliwość wejścia do takiego pokoju gdzie można sobie pokrzyczeć.... Matka by skorzystała.... bo oddychanie do torebki nie pomaga...

  • Matka japonka

    Dziś tylko mała dygresja. Emocja. Zwierzenie. Trochę na zamówienie. Kogoś tam kogoś, co podziela mój ból. Ktosiów iluś. Kropla życia na blog, gdy znów na większ

  • Czarnooo

    Oj, coś wypadałoby się napisać o tych czarnych sprawach. Grzeje się ostro, choć kolor niegorący. Szamoczą się myśli, ale czasu nie ma, życie jest gdzie indziej.

Komentarze
2016/06/02 16:29:46
Piękny i mądry tekst, ale to pewnie wiesz... więc dodam jeszcze, że komuś Twoje słowa są pomocą. Dziękuję :)
-
2016/06/03 10:37:36
To ja dziękuję. Za czytanie. Czasem mam poczucie, że to co piszę jest dla innych bardzo odległe