Blog > Komentarze do wpisu
Straszny terapeuta i gdzie mają być rodzice

Tydzień temu poszły w świat wieści o terapeutce, używającej przemocy wobec 4-letniego, autystycznego pacjenta. Rzeczywiście straszna opowieść, nagrana przez rodziców chłopca ukrytą kamerą. Jako ariengarda nieprzejednana piszę o tym dopiero teraz. 

Duże emocje wzbudził ten film. Pokazali w dzienniku, czyli w Wiadomościach i Faktach, i wszędzie. Może poniekąd przez sezon ogórkowy? Nieprzebrana fala współczucia. I gromów. I obaw, czy nie spotyka to naszego dziecka.  Współczucie i obawy to dla mnie zawsze za mało :), jako reakcje oczywiste... Wydaje się, że całe to wydarzenie zwróciło uwagę na kilka ważnych tematów, które sobie przedyskutowaliśmy. Na szczęście nie zabrakło solidnych dyskusji.  

Co terapeuci robią z naszymi dziećmi w czterech ścianach? Mało który ośrodek ma lustra weneckie, a takie byłyby najlepsze. Trudno się zgodzić z głosami, że zawsze trzeba być z dzieckiem. Oderwanie od rodzica też ma znaczenie terapeutyczne. Dziecko inaczej się zachowuje. Jest w nowej sytuacji. Pewnie są sytuacje, gdy rodzic jest niezbędny -- gdy bez niego dziecku tak bardzo brakuje poczucie bezpieczeństwa, że nie da się prowadzić terapii. Z tymi autykami, nigdy nic nie wiadomo... U nas było tak, że najpierw bez mamy, potem trochę mamy. Piotr po prostu silnie dzielił rzeczywistość na terapeutyczną i domową. Mama, która z nim ćwiczy? Która w ogóle jest obok w tym samym czasie, co terapeuta? Kompletnie nie do pogodzenia! Trzeba było stopniowo mamę wpuszczać do świata terapii. Zwłaszcza, że przez pierwsze lata P. pracował jeden na jeden z terapeutką, niedyrektywnie. Rodzice przywozili, zabierali, i owszem, zastanawiali się, co ona tam z nim robi. Ale spotykaliśmy się co jakiś czas na podsumowania i nic nie wskazywało na problem, zachowanie dziecka też nie. W pewnym momencie pani powiedziała, że już nic więcej nie może dla P. zrobić. Właściwie mieliśmy podobne zdanie. Pani jest utytułowanym psychologiem, jak sprawdziłam -- dziś "pełniącym funkcje", była osobą godną zaufania.

Ale bywa różnie. Mieliśmy szczęście? Oj, chyba nie tylko od szczęścia to zależy.

Rodzicom powinna włączyć się czujka. Jeśli znają swoje dziecko, są uważni, czujka się włączy. Tak jak tym "filmowym". 

Ale posypały się też i na nich gromy. Jak mogli zostawiać na kilka godzin w domu z terapeutką?! Faktycznie... Choć, jak wiem -- z tych szkoleń, konferencji, informatorów, co je kiedyś hurtowo zaliczałam, młodszą mamą będąc, terapia małych dzieci terapia maluchów powinna trwać nawet kilka godzin, ale w warunkach ośrodka -- gdzie jest czas zarówno na pracę 1/1, ale też odpoczynek, zabawę, leżenie na materacu, gdy dziecko jest czujnie obserwowane przez mądrego terapeutę.  Takie autystyczne przedszkole. Mój na takie nie trafił, czasy były inne, ale widziałam nagrania z takiej pracy z maluchami.  4 godz. w domu to faktycznie dziwne. Ale widzimy kilka minut filmu, nie wiemy, czy pani tak te wszystkie godziny na kanapie...   

Mamy prawo wiedzieć, pytać, ale też rozumieć co się do nas mówi. Wymądrzający się terapeuci, mówiący "po chińsku", rzucającymi naukowymi terminami, to zły znak. Podobnie jak ci, co mają dla nas dwa zdania, rzucone w biegu. Tu musi być rozmowa, omawianie szczegółów, wzajemne wypytywanie wręcz. Spokojnie, cierpliwie. Piszę z własnego doświadczenia. Byłam maglowana jako rodzic, ale też szło to w drugą stronę. Stąd mam poczucie, że wszystko było w porządku. I jest! Co ja się nagadam z tymi naszymi terapeutami :) A ile oni ze mną :)

Terapia autyzmu to praca zbiorowa. Podkreślam, bo tu nie ma innej opcji. Obserwować, dzielić się obserwacjami, rozmawiać, rozmawiać, proponować rozwiązania. Między rodzicami a terapeutą musi się dobrze układać! Tak, tak, wiem, czasem, nie ma wyboru, czasem nawet w ogóle nie ma terapeuty, nie na co dzień.

Zdarza się, że autyk w jednym miejscu robi coś, czego nie robi w innym. To wręcz norma... To stereotypie. Ale nie ma opcji, żeby tych różnic nie omówić. 

Co jeszcze wypłynęło przy okazji "strasznego filmiku"?

Jest w tym wszystkim małe dziecko, które nie opowie o tym, co czuje. Które jest poddawane jakimś zabiegom, które są dla niego przykre,pewnie traumatyczne. Dziecko/pacjent nie jest przedmiotem, nie należy ani do rodziców, ani do terapeuty. Ono jest najważniejsze. Są jakieś wątpliwości? Nie widzę.

Wypłynął więc temat technik przemocowych. Nie znamy, nie trafiliśmy, o metodzie "przysiadów" przeczytałam niedawno w artykule w Newsweeku. Więcej o konsekwencjach stosowania awersyjnych procedur tutaj  

W mediach nie poruszono tematu szkoleń terapeutów, ich kompetencji, kwestii zatrudniania profesjonalistów, a dla nas -- kwestii dostępu do właściwej terapii. Ale my rodzice o tym rozmawialiśmy.  Znów niezastąpiona Kasia D., mama co niełatwo się wzrusza,  ma za to dobre oko, by widzieć dalej i szerzej niż tylko "o, boszsz, boszszż, jakie biedne dziecko, dobrze, że nie moje".  

Żeby zostać terapeutą trzeba lat!!! Nie tylko studiów, ale i ukierunkowanych szkoleń, kursów superwizji. To się właściwie nigdy nie kończy. Podział na terapeutów prowadzących i wspomagających nie jest przypadkowy. A kim jest asystent to oddzielny temat. Używam zamiennie terapeuta/asystent, ale z Piotrem na co dzień pracują ludzie po psychologii, ze stażem z przygotowaniem. Stąd i koszty. Asystent to by się przydał... 

W sytuacji braku systemowej pomocy, ośrodki to dziś pomysł na biznes. W Polsce nie ma nawet porządnej ustawy o zawodzie terapeuty. Każdy może otworzyć ośrodek. Chyba tylko niekaralność jest potrzebna, oprócz kasy. Nie ma jak sprawdzić kogo zatrudnia. Sami musimy. 

OOOO, czy znów mam kończyć pomstowaniem, że źle, że brak..

Nie. Jednak większość ośrodków zatrudnia osoby z kompetencjami, a i powstaje z potrzeby, nie dla wielkich pieniędzy -- bo terapeuci nie mają gdzie pracować, a chcieliby pracować w swoim zawodzie, bo zakładają je rodzice, którzy nie mieli, gdzie posłać dzieci na terapię. Czasem sami zostają terapeutami, nie tylko faktycznie, ale i formalnie. Maria Wroniszewska z Synapsis mówi o nielicznych państwowych etatach -- tutaj, to mi najbardziej utkwiło z całego wywiadu.

Gdzie mają być rodzice? Są wszędzie. Są wszystkim. Alfą i omegą. 

I jeszcze:

Podobno media nazwały filmową panią terapeutkę dusicielką. Należę do tych, co duszenia nie zauważyły. Nie widzę też wielkiej agresji -- nie "wali dziecko książką po głowie", ale uderza je cienką książeczką. Kwestia języka... Ta baba na filmie jest przede wszystkim okrutnie znudzona tym, co robi. Straszne. 

środa, 14 sierpnia 2013, szczypta_chili

Polecane wpisy

Komentarze
2013/08/16 17:05:56
się zarumieniłam :-)
-
2013/08/18 00:22:21
Kasia, ciebie to można łyżkami cytować :)
-
2013/08/19 02:38:56
:-)
-
2013/08/19 13:18:14
Też nie widziałam walenia księgą... ot, znudzona wieloletnią (bardzo trudną) pracą kobitka. Ja sama jak "pracuję" z własnym dzieckiem mam różne odruchy, większość nieprawidłowych i muszę się bardzo spiąć, żeby rzucić książką w kąt, a nie w potomka;) Oczywiście w pracy z cudzymi dziećmi zupełnie nie mam takich chęci, bo nie jestem z nimi emocjonalnie związana - uda im się - super, nie - nie mój problem;)